Po wczorajszym koncercie zespołu Dir En Grey w Warszawie, mogliście spodziewać się czegoś w rodzaju „relacji”. Tymczasem, wzięło mnie na przemyślenia. Już w Progresji podczas występu japońskiego zespołu, wiedziałem jak będzie wyglądał ten wpis.


Przyszedł czas na podsumowania. Piszę o tym na blogu, by w końcu przyznać „coś” przed samym sobą. A to, z reguły jest najtrudniejsze. Ten wpis to coś w rodzaju spowiedzi. Tyle, że sam jestem spowiednikiem i spowiadającym. Pomimo tego, że sam nie powiedziałem tego głośno…,jestem świadom tego, że tak naprawdę, jedyną osobą, która wie co i jak jest moja Żona. Mimo wszystko, pora by powiedzieć to głośno.


Definitywne zakończenie projektu ShiroRooM, było jedną z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Na pewno była to decyzja przemyślana, ale zostawiła niedosyt. Teraz, podjąłbym wiele innych decyzji w tym aspekcie, ale czasu nie można cofnąć. Cały czas mam w głowie, że można było więcej. Oprócz ShiroRooM, były jeszcze inne kapele. Łącznie, koncertowałem ok 7-8 lat, ale to  rozpoczęcie projektu, wspólnie z Maverem wiązało wielkie nadzieje.

Jakkolwiek by nie było. Każde doświadczenie coś nam w życiu daje. Co więcej, gdyby nie konkretna decyzja, można byłoby być w innym miejscu. Jest dobrze, naprawdę robię to co lubię, ale…

Zawsze będę tęsknił za sceną.

Na chwilę obecną nie jest możliwe, aby do tego wrócić. Może kiedyś w przyszłości. Chociaż szczerze powiedziawszy wątpię. Zwłaszcza, że uświadomiłem sobie również, że teraz pod względem zdrowotnym, nie dałbym rady.

Mimo wszystko, gdzieś tam w środku mnie „jest dusza artysty”, która krzyczy. Możliwe, że przebudził ją growl ulubionego wokalisty i za parę dni, znów zamilknie.

 

Pamiętajcie, że każde Wasze decyzje są ważne. Podejmujcie je rozsądnie. Ja niczego nie żałuję, wiem, że zawsze będę tęsknił za sceną, ale mam też wiele innych rzeczy do zrobienia, które już dawno sobie obiecałem. Wiem, że prędzej czy później zostaną spełnione. Tego też życzę Wam wszystkim.