"Disco Polo" miało przerwać passę słabych polskich komedii. Byłem przekonany, że tak będzie, bo... "Disco Polo" naprawdę miało aspirację, by tego dokonać. I piszę to całkiem serio. Niestety, okazało się, że to kolejny zły film.

Tradycyjnie, na wstępie krótkie info: Film nie podobał mi się, nie dlatego, że nie lubię Disco Polo… tylko dlatego, że był słaby. Wszystkich heheszkujących, którzy cisną po tym gatunku muzycznym uspokajam. To mógł być dobry film. Poza tym helloł! Disco Polo to nie tylko piosenki o dupie marynie. Nie myślcie w ten sposób. Odsłuchując kilka kawałków, na bank, któryś Wam się spodoba. Z resztą obejrzyjcie sobie jakąkolwiek kastę video/płytę DVD/Bluray z wesela, na którym byliście

 Bardzo nie podoba mi się to z jaką pogardą traktuje się artystów tworzących tego typu muzykę. Pomijam fakt, że brzmienie zespołów „discopolowych” zmieniło się ostatnimi czasy w dużym stopniu… Ale dziś nie o tym. Dziś o filmie, który przez swoją nieudolność, Disco Polu bardziej szkodzi niż pomaga.

Ale się zrobił WSTĘPIOR. Ok. Już bez przedłużania. Obiecuję, że kiedyś napiszę jakiś większy tekst w temacie Disco Polo :)

1. Randomowe nawiązania do innych filmów.

Nawiązania mogły zadziałać, ba mogło to być dużym atutem. Niestety jednak, mam wrażenie, że twórcy wymyślili sobie, że jak wrzucą do swojego filmu 30 nawiązań do innych, znanych produkcji, to ludzie to „łykną” niezależnie od tego jaki film by nie był. No i tylko w małym stopniu ich założenia się spełniły, bo trochę ludu na to bardzo tanie swoją drogą zagranie, dało się złapać. Jeśli komuś taka taniocha odpowiada, OK, nie mój problem. Ja tego nie kupuję.

Najgorsze jednak jest to, że twórcy poszli na totalną łatwiznę. Do bardzo słabego scenariusza, perfidnie powrzucali kilkanaście scenek nawiązujących do kultowych filmów… I tyle. Myśl drogi widzu za nas co mieliśmy na myśli.

Jest scena a’la z „Pulp Fiction”, „są postaci” z „Funny Games” – JEEEJ Widownia to kupi, widownia się cieszy. YYYY NIE. To tak nie działa. Bo o ile można wybaczyć wiele rzeczy, tak no sorry, ale jeśli weźmiemy do ręki gówno i wsadzimy je do pachnącego wafelka, to z tego gówna nie zrobi nam się nagle lód czekoladowy.

disco

Patrz jaki frajer. Myślał, że to będzie dobry film. HAHAHA.

2. Zdjęcia i ujęcia.

Gdyby tak powycinać z całości kilka zdjęć i wsadzić je do osobnego albumu, to w sumie mielibyśmy czym nacieszyć oko. Doceniam to. Jednak w żaden sposób  nie ratuje to całej reszty, bo to kropla nadziei w morzu rozpaczy.

3. Ale o co chodzi?

Wystarczyłaby mi prosta fabuła, kilka śmieszków-heheszków, disco polo w tle, może mały przewidywalny twist i byłby solidny średniak. Tymczasem im dłużej film trwa, tym twórcy bardziej wydziwiają i kombinują… No sorry, ale co ja mam myśleć, jak w pewnym momencie jeden z bohaterów postanawia cofnąć „akcję” w czasie. I mu się to udaje… Serio. W sumie już początek nie zapowiadał niczego dobrego. Grupa mężczyzn na jakimś dzikim zachodzie (darujcie te porównania do „Ziemi Obiecanej” – szkoda że nie byli na Naboo, bo akurat „Gwiezdne Wojny” na topie) coś tam rozmawiają i nie wiem co się wydarzyło, bo nagle film zabiera nas gdzie indziej.

Za chwilę jednak (po około kilkunastu minutach) mamy coś w rodzaju „wydarzyło się wcześniej” – chyba. Tomek chce wyrwać się z wioski i zostać gwiazdą Disco Polo. Namawia znajomego kumpla – Rudego, by założyli zespół i podbijali serca Polaków Polek. No i gdyby o tym był ten film byłoby spoko. Ale nie.

Oczywiście, że po cichu liczyłem na jakiś rozwój postaci, przyjemną prostą fabułę i żarciki…. ale nie, bo to takie pospolite.  Przecież trzeba mieć jakieś większe ambicje! Taka prosta fabuła? Byłoby za prosto za dobrze. Trzeba było to udziwnić najbardziej możliwie jak się da. Dodać na maksa dziwne sceny, opatrzyć je w bezsensowne dialogi i scalić w jeden wielki chaos z nieśmiesznymi żartami w tle. Ehhh.

discopolo

Ten film taki „Amerykański”.

4. Dialogi.

a) Jak zwykle ten sam „polski problem” z nagłośnieniem. To już standard. Muzyka jak najgłośniej, dialogi jak najciszej.

b) Przez pierwszą połowę tego jakże fascynującego seansu nie byłem w stanie zrozumieć o czym ci bohaterowie gadają. Nie, nie chodzi o nagłośnienie, z tym sobie poradziłem. Po prostu bohaterowie zwracali się do siebie w niezrozumiały sposób. Jakby byli w jakiejś poezji/tragedii/wierszu białym (wybierz odpowiednie). Ewentualnie ktoś z „Disco Polo” chciał zrobić polskiego „Makbeta”.

5. Przeklinać trzeba umieć.

Przekleństwa to element codzienny, wręcz naturalny. Jednak przeklinać trzeba umieć. Wtedy przysłowiowa „kurwa” ma znaczenie. Tutaj wszystkie przekleństwa są dodane na siłę i bardzo sztucznie. Nie dam Wam przykładu, musielibyście tego posłuchać… ale nie zachęcam Was do tego, bo zmusiłbym Was wtedy żebyście włączyli ten „film”.

c9a465bb6b3f225515362b81dd3467b5

Na chuj ja zagrałam w tym filmie?

6. Ile Disco Polo w "Disco Polo"?

Umiarkowanie. Na szczęście kawałki są dobrane dobrze. Mamy starsze hity jak „Jesteś szalona” czy nowsze przeboje pokroju „Ona tańczy dla mnie”. Warto zauważyć, że większość piosenek jest nagranych „na nowo”. Za to plusik, bo jeśli serio śpiewał je Ogrodnik to trzeba przyznać, że sobie poradził. Prawdę powiedziawszy „to” oraz niektóre zdjęcia spowodowały, że nie przerwałem seansu. Niektórych ucieszyć może, że w filmie pojawili się m.in. Niecik i Liszewski.  Za tym pierwszym nie przepadam, tego drugiego mi szkoda. Podobnie jak Ogrodnika, który jakieś tam zdolności aktorskie ma. Akurat to nie jego wina, że ten film jest tak słaby.

7. Starczy.

Mógłbym opisać bohaterów. Ale o czym tu pisać? Ci zmieniają się jak chorągiewka na wietrze… Mógłbym rozłożyć film na czynniki pierwsze i pastwić się nad każdym elementem. Ale po co? Jak to się mówi leżącego się nie kopie.

Nie zachęcam nikogo do oglądania i jednocześnie pragnę przeprosić moją Żonę, którą namówiłem do seansu. Aniu przepraszam, następny film wybierasz Ty.

Krystian Kruk

„Disco Polo” miało przerwać passę słabych polskich komedii. Byłem przekonany, że tak będzie, bo…