Kto jest kim… Czyli czemu z pozoru kot jest kotką (i jak bardzo mnie to wkurza). To pisałem ja, Kira.

Miaaauu! To ja, Kira. Nie, nie ten z „Death Note’a”. Jestem kotem, a w zasadzie kocurem. Nie żadną kotką! Co chwilę, każdy ma z tym problem. Podobno moje imię jest takie damskie. Zapewne przez to „a” na końcu. Już wiem jak się czuje taki Sasha czy też Misha… No, na pewno tak samo jak ja. Pewnie też się wkurzają gdy ktoś miauczy pod nosem: facet a ma imię jak kotka. No chyba, że nie mają takich problemów. Nie wiem. Ale mniejsza o to, bo właśnie coś zauważyłem… Ooo znikło.

Zatem pozwólcie, że kogoś Wam przedstawię. Zamiauczcie na przywitanie. Przed Wami, Lili – moja siostra. Też tutaj będzie pisać. Ale to ja jestem najprawdziwszym kocurem w tym domu. Musielibyście zobaczyć jak poluję na myszki. Albo jak już mam, którąś w pysku. Wtedy to jest dopiero ryk. Normalnie „Czas Simby”.  Tylko ja tak umiem. Albo wiem co. Musielibyście zobaczyć jak wysoko skaczę. To jest dopiero coś. Liluśka tak nie potrafi, chociaż ostatnio nauczyła się skakać z podłogi na parapet. Wszyscy klaskali i „deptali” z zadowolenia.

Tak wyglądam jak upoluję myszkę. Prawda, żem groźny?

Tak wyglądam jak upoluję myszkę. Prawda, żem groźny?

A właśnie… bym zapomniał, są jeszcze z nami dwa większe koty. Cały czas mówią coś w stylu: chodź do Pani, chodź do Pana. Z siostrą próbujemy się z nimi jakoś porozumieć, ale nie zawsze wychodzi. Ten ich koci dialekt jest jakiś inny. Ogólnie są w porządku, ale zobaczycie, z nami będzie ciekawiej. Chociaż, ich też czytajcie, bo jeszcze nam smakołyków nie kupią.

Zapamiętajcie raz na zawsze: Kira (on), Lili (ona).