Znajomi polecali mi "Zoolander" już ładnych parę lat temu. Jakoś tak się zdarzyło, że do wczoraj nie miałem okazji go zobaczyć... I wiecie co? Mogłem poczekać z oglądaniem, jeszcze kolejnych 16 lat...

Serio. Nie rozumiem fenomenu tego filmu. Zdecydowanie zaliczam się do antyfanów tej „produkcji”!

Film? To raczej zlepek krótkich "filmików".

Oczywiście, mamy do czynienia z „jakąś” fabułą. Wątki i wydarzenia są ze sobą „jakoś związane”… Jednak jest to przedstawione w tak abstrakcyjnie głupi i nieciekawy sposób… że więcej logicznych powiązań widzę w losowych odcinkach „Abstrachujów”. Całość trwa zaledwie półtorej godziny… a już po 20 minutach, czułem się jakbym miał za sobą kilkugodzinny maraton filmowy.

Tak głupie, że aż (nie)śmieszne!

Nie śmieszą mnie te postaci, nie śmieszą mnie te żarty, nie śmieszy mnie ta fabuła. Miałem ochotę się odmóżdżyć, ale nie chciałem cierpieć! Okazało się, że to nie jest film typu guilty-pleasure. W tym przypadku mamy do czynienia z czymś pokroju guilty-suffer. Przez cały seans cierpiałem… i w zasadzie dziwie się sobie, że  nie przerwałem tego już w połowie seansu.

Pierdolę, nie oglądam!

Parodia samego siebie.

Rozumiem zamysł. Ze świata mody można, a czasami nawet trzeba się śmiać. No bo wiecie, pomimo wszechobecnego kiczu, wszystko tam jest wiecznie takie napompowane. Na nic nigdy nie ma czasu, wszystko ma być zrobione na już. Wszystko perfekt, aż do przesady. Wszyscy są poważni i traktują wszystko na serio… A reszta, poza modowego świata ma, z tego ubaw. No i Ben Stiller wpadł na pomysł, że trzeba to wykorzystać! I dobrze! Tyle, że tutaj na haśle „trzeba wyśmiać świat mody” się skończyło. Powstał potworek, który jest parodią swojego początkowego zamysłu.

Znane nazwiska nie są w stanie nic zdziałać, gdy cała reszta to jedna wielka głupota.

Owen Wilson, Christine Taylor, Milla Jovovich, Jon Voight, czy David Duchovny… śmietanka towarzyska, dla której występ w tym filmie to swego rodzaju zejście na ziemię. Myślicie, że życie to same pasmo sukcesów? A dupa! 11 lat później powstał podobny potworek, z tym, że jeszcze gorszy – „Movie 43”. W tym potworze wystąpiło chyba, jeszcze więcej znanych osobistości.

A teraz zamknę oczy, i na trzy, obudzę się z tego koszmaru!

Druga część pojawiła się na dużych ekranach rok temu. Nie mam zamiaru jej oglądać… Chociaż znów nazwiska mogą trochę kusić. Nie dam się jednak zwieść, zwłaszcza, że „dwójka” zebrała gorsze recenzje, niż często wychwalana pierwsza część, która i tak już mi się nie podobała.

Nie polecam.

Ania: Ja też nie!

Krystian Kruk

Znajomi polecali mi „Zoolander” już ładnych parę lat temu. Jakoś tak się zdarzyło, że do wczoraj nie miałem okazji go zobaczyć… I wiecie co?