Nie przepadam za filmami katastroficznymi. Wszystkie tego typu produkcje mają niemalże identyczną fabułę, niczego nowego nie wnoszą i… kończą się tak samo. Czemu zatem wybraliśmy się na „San Andreas” do kina?

Po pierwsze, Żona z jakiegoś powodu lubi ten gatunek filmowy. A jak wiecie, z żonami się (nie) dyskutuje. Po drugie, gra tam Dwayne Johnson. 

Jeśli widzieliście „Pojutrze”, „2012” i inne tego typu filmy, wiecie czego możecie spodziewać się po „San Andreas”. Nie czytając opisu filmu wiedziałem, że:

Główny bohater musi być w trakcie rozwodu lub po rozwodzie.

Czemu tak jest? A bo można pogrzebać w przeszłości głównego bohatera. Pokazać wewnętrzną przemianę postaci. Udowodnić, że obecny partner kobiety, tak naprawdę jest gburem i w ogóle mężowi to do pięt nie dorasta. Ale najważniejsze jest to, że bez wątku rozwodowego, fabuła nie miałaby sensu. Bo wiecie, tragedia i niebezpieczeństwo łączą rodzinę. Podobno. No co, w Hollywood tak to pokazują.

Film będzie pełen innych stereotypów związanych z obecnym partnerem żony głównego bohatera.

Wspomniałem o rozwodzie i o gburowatym obecnym partnerze żony głównego bohatera. Oczywiście ten nowy facet musi być bogaty. W tym przypadku ogromnie bogaty. A jak jest bogaty to robił karierę. A jak robił karierę to…Może Ioan Gruffudd sam się wypowie:

ZDAZYLEM

Film będzie pełen „zbiegów okoliczności”.

Dam parę przykładów. Ja wiem, że w życiu jest tak, że: przyczyna a) jest powodem skutku b), co z kolei doprowadza do tego, że natrafiamy na coś innego, a gdyby nie doszło do skutku b), to byłoby inaczej. Trochę zagmatwane, ale chyba wiecie o co chodzi. No bo kurcze, po raz kolejny wszystko musi doprowadzić do tego, że w dużej mierze bohaterowie mają po prostu naprawdę dużo szczęścia. Paradoksalnie, na szczęście w obrazie Brada Peytona postaci mają też rozum. Tak czy owak:

Ray (Dwayne Johnson) jest pilotem i ratownikiem straży pożarnej. Podczas jednej z akcji dzwoni do swojej „przyszłej byłej” żony by ją przeprosić za swoje zachowanie. I okazuje się, że rozpoczyna się katastrofa. No to Ray leci by ratować „przyszłą byłą żonę”.

Blake (Alexandra Daddario) zostaje uratowana przez duży zbieg okoliczności.  W głównej mierze dzięki swojej urodzie.

alexandra

Święta prawda – ładnym jest zawsze łatwiej

Podczas katastrofy, Ray natrafi na staruszka, który daje mu samolot w zamian za samochód.

Pewnie wyłapiecie więcej takich „smaczków”.

Mimo wszystko nie spodziewałem się, że:

Film będzie naprawdę bardzo dobrze zrobiony, zwłaszcza jeśli chodzi o efekty wizualne. Potęgę trzęsienia Ziemi można naprawdę odczuć. Wszystko jest tutaj realistyczne i dopracowane. Co prawda 3D to nie taki poziom, że budynki zawalają się na nas (a szkoda, bo chyba w najbliższych latach czegoś takiego w filmach 3D nie uświadczę), ale jakkolwiek by to nie brzmiało wygląda to dobrze. Nawet bardzo dobrze. Ostatnio pisałem o tym, na jakie filmy nie warto chodzić do kina w 3D, tego obrazu to nie dotyczy. Tutaj 3D sprawdza się bardzo dobrze.

Całość pomimo swojej schematyczności, ogląda się przyjemnie. Znów słowo, które mało pasuje do filmu katastroficznego. Ale naprawdę tak jest. Wiedziałem czego mogę się spodziewać, ale naprawdę nie był to zmarnowany czas.

Po raz kolejny postawiono na więzi rodzinne. Ale tym razem, pomimo często pojawiających się na dużym ekranie motywów, nie czułem „sztuczności” w relacjach rodzinnych.

Jeśli macie okazję, sprawdźcie. Wysokiej oceny bym nie wystawił, ale pomimo to, „San Andreas” warto zobaczyć. No chyba, że naprawdę jesteście uczuleni na motywy typu: tysiące ludzi zginęło, nie mamy gdzie mieszkać, ale co tam ważne, że amerykańska flaga przetrwała.