Bardzo lubię, gdy w filmach pojawia się temat niedalekiej przyszłości, w której technologia rozwinięta jest odrobinę mocniej niż w rzeczywistości. Jest to tym bardziej ciekawe zjawisko, gdyż ma się wrażenie, że to co dzisiaj widoczne tylko i wyłącznie na ekranie, jutro będzie powszechnie dostępne. "Nerve" bazuje właśnie na jednym z takich rozwiązań. Daje to ogromne pole do popisu. Jednak film nie chce korzystać z konwencji, zamiast tego woli być kolejnym średniakiem, który z pewnością spodoba się młodszej widowni. Ale czy to źle?

Oczywiście, że nie, ale mi to nie wystarcza…, bo o ile podczas seansu bawiłem się całkiem dobrze, tak niestety  muszę podkreślić, że w „Nerve” nie uświadczymy niczego ponad wyrobione już schematy i bezpieczną drogę. Nie czepiałbym się tego, gdyby film nie aspirował  do bycia czymś więcej niż w rzeczywistości jest.

1. Aplikacje.

Prawdą jest, że świat oszalał na punkcie aplikacji. No i fajnie – wszak bardzo ułatwiają one życie Jednak, zwyczajne apki to nie wszystko. Prawdziwe szaleństwo jest wtedy, gdy aplikacja wymaga od użytkownika jakiegoś działania/interakcji. Nie muszę chyba przypominać, jaką furorę zrobiło „Pokemon Go”? Wyobraźcie sobie aplikację, która działa na zasadzie „prawda czy wyzwanie”, ale bez „opcji prawda”. Dodajcie do tego, możliwość zarabiania pieniędzy oraz podglądanie na żywo przez innych użytkowników, rankingi, lajki, serduszka, komentarze i wszystkie inne „smaczki”.

2. Prawda, że innowacyjne?

No, nie do końca… bo podobny film już widziałem („13 Grzechów” z 2014). To oczywiście nie problem, bo przecież nikt nie wymaga od twórców wymyślania koła na nowo. Siłą rzeczy, pewne pomysły muszą się powtarzać. „Nerve” jest taką łagodniejszą wersją „13 Grzechów”. Tam można było spodziewać się najgorszego, tutaj problemy są raczej bardziej przyziemne i czasami ma się wrażenie, że jedyny problem bohaterów to drobne sprzeczki i robienie „głupot po pijanemu”. Oczywiście oprócz „tych głupotek” są akcje, których wielu z Was by nie zrobiło, ale przeglądając YouTube’a mam wrażenie, że pierwsza lepsza kompilacja „Ruskich filmików” daje więcej adrenaliny.

Oni też są zdziwieni, że jeszcze nie „polajkowałeś” naszego profilu na Facebooku.

3. No właśnie...

Przez ok 1/3 filmu wydaje się, że uświadczymy coraz to więcej niebezpiecznych momentów. Wydawało się, że wszystko jest zaplanowane, począwszy od małej pierdółki, skończywszy na tych niebezpiecznych akcjach. Tylko, że film nie potrafił zdecydować, czy chce pójść w stronę rozwijania wątków związanych z aplikacją i pokazywaniem coraz to bardziej niebezpiecznych scen, czy może zrobić parę twistów, by finalnie wszystko potoczyło się za szybko i bez polotu. Ostatecznie finał nadchodzi nagle, końcowe wydarzenia są mocne pocięte, przez co aż trudno uwierzyć, w niektóre zachowania bohaterów.

4. Skoro już o postaciach.

To… całkowicie szczerze, ale nie mam za bardzo co napisać. Emmę Roberts lubię, więc spoko było ją zobaczyć (zwłaszcza, że w „Scream Queens” i „AHS” daje radę), ale to tylko tyle… bo też nie ma po co jej kibicować. Równie dobrze, w jej rolę mógłby się wcielić ktoś inny. Z resztą dotyczy to wszystkich postaci. Każdy jest jaki jest, gdyby kogoś nie było, też nikt by nie ucierpiał. Nie chodzi o to, że koniecznie chcę kogoś uśmiercać Chociaż… czemu nie Nie no, żartuję. Nie!

Nie czaję… Przecież dałam z siebie wszystko!

5. To taki "zabijacz czasu".

I z takim nastawieniem oglądajcie film, a wtedy będziecie się całkiem dobrze bawić. To nie jest poważny tytuł dający do myślenia… tutaj oprócz prostego przesłania nie ma nic więcej. No dobra jest, odrobina fanu No i dobrze, takie filmy też raz na jakiś czas trzeba zobaczyć.

Śmiało możecie oglądać, tylko nie oczekujcie fajerwerków… bo prawdziwa petarda w tej konwencji to „Black Mirror”

Krystian Kruk

„Nerve” – średniaczek, który chciałby być czymś więcej… ale nie musi!