Gdy jakiś czas temu usłyszeliśmy, o tym że "Power Rangers" powracają (i to jeszcze na dużym ekranie!), na naszych twarzach pojawił się zaciesz. Niestety, po seansie nie zareagowaliśmy w ten sam sposób...

Będziemy narzekać na ten film… bo niestety jest na co. Dawno nie wynudziliśmy się tak w kinie!

NUUUUDAAAA!

Matko Boska PowerRangerowska! Jaki ten film był nudny i  w dodatku przeciągnięty i w ogóle ehhh. Czy idąc na Power Rangers chcecie słuchać o wyolbrzymionych problemach nastolatków? No pewnie, że nie. Chcecie raczej lekko kiczowatej historii o ludziach w kolorowych strojach, sterujących dużymi robotami, którzy bronią Ziemi przed „potworami”. Tyle i aż tyle! Ktoś powie, no dobra, ale to je origin, tu trzeba się zapoznać z postaciami. No tak…, ale nie przez 7/8 filmu. Inna kwestia, że nuda nie jest synonimem „originu”. Naprawdę. Nie wmawiajcie nam, że ten film miał być tak nudny, bo jest historią opowiadającą o tym jak powstali Power Rangers.

Dla odświeżenia, przed seansem obejrzeliśmy na Netflixie, pierwszy odcinek serialu. I owszem, było tam wiele głupkowatych i nielogicznych scen… no ale przynajmniej mieliśmy ochotę oglądać to dalej. Serio.

Billy

Jedyną, dobrze rozpisaną i ciekawą zarazem postacią jest tutaj Billy (Niebieski Ranger). I przy nim zrobimy sobie małego stopa.

Tytuł najlepszej postaci w najnudniejszym filmie 2017 Zawsze jakieś wyróżnienie.

Jak to niebieski Ranger będzie czarny?„, „Czarny nie jest czarny, tylko niebieski hehehe„.

Ludzie, serio? Ogarnijcie się.

Owszem, stary serial z lat 90-tych jechał sobie trochę na stereotypach i dopasowywał kolory Rangersów do koloru skóry… ale tylko i wyłącznie w dwóch przypadkach. Czy „Zielony Wojownik” był „ufoludkiem”?, „Czerwony” Indianinem albo „Biały” albinosem? Oczywiście piszemy już to prześmiewczo, bo co kolor skóry ma do konkretnej roli? Każdy, kto widzi w tym tzw. poprawność polityczną, niech puknie się w czoło. Naprawdę!

A jak z resztą postaci?

Srak! Damy Wam kilka przykładów:

Czerwony –  Głównie obraża się na Zordona. Zordon, cóż, nie jest mu dłużny. Niemalże dochodzi w filmie do tzw. solówy po szkole.

Czarny – to taki luzak, ale na 99%, bo jednak trochę się boi. Co drugie zdanie podkreśla jak bardzo szaloną osobą jest „Żółta”.

Żółta – jest szalona, ale spokojnie, Czarny zdąży Wam o tym przypomnieć wiele razy. Ponadto, Żółta ma problemy z rodzicami, bo… są zbyt normalni.

Różowa – Taaa to dopiero agentka. Mówi jedno, myśli drugie, robi trzecie.

Rita – To takie demoniczne zombie, które żre złoto, ale tylko na chwilę, bo jak już się nażre to zaczyna gwiazdorzyć i wtedy zamiast żreć złoto włamuje się do domów, w którym mieszkają nastolatki. Rita z serialu sto razy ciekawsza!

Zordon – Gdy już nie jest obrażony na Czerwonego… narzeka na Rangersów. Ciekawie wygląda, no i plus za tzw. oridżin Zordona.

Alfa 5 – Wygląda dziwnie. Tyle.

Chcecie coś o nastolatkach? Sprawdźcie „Riverdale” na Netflixie.

Dla kogo jest ten film?

Na pewno nie dla dzieciaków z lat 90-tych, którzy teraz są dorosłymi ludźmi (Halo, to np. my!) :D. Oni nie znajdą tutaj nic za co kiedyś pokochali tę serię. Oczywiście wiemy, że czasy się zmieniają. Nie chodzi o tanie kostiumy, słabe efekty i głupkowaty scenariusz. Raczej chodziło o coś w stylu: Hej ludzie! Pamiętamy o Was

I ok pojawiła się np. dwójka aktorów z oryginalnej serii, którzy wcielali się w postać Zielonego/Białego Wojownika i Różową Wojowniczkę. Tylko oprócz tego, swoją drogą i tak krótkiego motywu, nie ma nic innego. Nawet główna muzyczka leciała może z 5 sekund… Serio. Człowiek już zaczął jarać się tym, że zaraz będzie wielka walka… a tu koniec muzyczki i nic… TAK SIĘ NIE ROBI!

Przeeemianaaaa!!

To też nie jest tak, że chcielibyśmy, aby film był swego rodzaju laurką w stronę „fanów” i nie miał nic innego do zaoferowania… ale liczyliśmy na więcej pod tym kątem.

Summa summarum twórcy chcieli postawić na coś nowego i ok… tyle, że w tym przypadku nowe nie oznacza lepsze.  Zwłaszcza, że film kuleje praktycznie na każdej płaszczyźnie.

Ci co narzekali na ciemne kolory w produkcjach DC, tutaj będą mieli większe pole do popisu. Wyobraźcie sobie, że jest pierwsza scena z wszystkimi Rangersami po przemianie (dopiero w 2/3 filmu, ale mniejsza już o to…) a tu ciemnica. Jeden wygląda jak drugi. Za chwilę walczą, kamera leci tak szybko, że praktycznie nie da się na spokojnie przyjrzeć ich kostiumom i ogólnemu wyglądowi. Podobnie jest zresztą z Zordami. Ktoś z Was je w ogóle widział w całej okazałości? No właśnie. Zamiast tego pokazano nam Ritę jedzącą pączki znanej amerykańskiej firmy…

A jednak coś nie pykło.

Ps. Czy tylko nas na tym filmie bolały oczy? Dosłownie.  Twórcy postanowili atakować nas jasnym światłem na przemian z bardzo ciemnymi kadrami. Wygląda to mniej więcej tak. Siedzi sobie ekipa przy ognisku, dookoła ciemno. Najazd na postać, ale oczywiście zza ognia, który jest na pierwszym planie i po prostu nas oślepia… I tak co kilka sekund. Normalnie można oczopląsu dostać!

Rada dla twórców: Spokojnie. Wasz film i bez tego jest w stanie wypalić ludziom wzrok…

PS2. Pierwsza scena o byku… na pewno przejdzie do historii najgłupszych i najbardziej niesmacznych żartów w historii filmów ever.

Jesteśmy naprawdę rozczarowani seansem. Nie polecamy.

Anna & Krystian Kruk

Gdy jakiś czas temu usłyszeliśmy, o tym że „Power Rangers” powracają (i to jeszcze na dużym ekranie!), na naszych twarzach pojawił się zaciesz. Niestety, po seansie nie zareagowaliśmy w ten sam sposób…